Przygoda rzeczy znalezionych
Dziś wysiadłam z autobusu na przystanku nieopodal domu. Idę sobie pod bramę osiedla i zaczynam sięgać do torebki po klucze od mieszkania. I niespodzianka, torebki nie ma. Pierwsza reakcja zawał, czarna wizja konieczności wyrabia, kluczy dokumentów. I tłumaczenia w pracy gdzie jest moja karta dostępu do firmy. Pracownicy Mordoru na Domaniewskiej pewnie kojarzą temat. Dzięki karcie chyba magnetycznej. Wchodzisz przez bramki do windy i otwierasz drzwi do biura. Wspomniana karta rejestruje wejścia i wyjścia z pracy.
Wróćmy zatem do przygody. Druga myśl przejść się z prędkością ferrari drogą od domu przystanku. I sprawdzić, czy nie leży na chodniku. Nie było. Na chodniku, na przystanku, nigdzie.
Trzecia myśl telefon. Na szczęście był w kieszeni płaszcza, nie w nieszczęsnej torebce. Szukam na stronie ZTM numeru telefonu do obsługi pasażerów. Kilka razy z rzędu, to jest przy każdej próbie połączenia wysłuchuję formułki RODO. I zero odzewu, połączenia z konsultantem. Dodam, że łączyłam się z trzema numerami. Jakbym dzwoniła z prośbą o przysłanie śmierci, to lata świetlne i wieki, bym żyła. Jednak potrzebowałam informacji na temat swojej zaginionej torebki. Mianowicie o tym gdzie mam jej szukać. Poddaje się.
Ostatni krok wsiadam do autobusu w kierunku, z którego przyjechałam przecież, kursują w tę i z powrotem. Okazuje się, nie ten kierowca, nie ten autobus. Jadę dalej, bez biletu, który był w torebce. Kanarki nie ćwierkają na szczęście. Wysiadam na zajezdni. Idę tam. Zachodzę do budki i mówię człowiekowi w środku, o tym, co mnie spotkało. Opisuję torebkę. Pan dzwoni do człowieka z dyspozytorni. Pokazują mi z okna w budynku naprzeciwko budki znalezioną torebkę. To nie moja. Kurczaki pieczone.
Dostaję numer do Pana z przeciwległego budynku. I dzwonie. Opowiadam o sytuacji, z jakiego autobusu wysiadłam, o której i w jakim kierunku. Uprzejmy Pan namierzył kierowcę i oddzwonił po kilku minutach. Powiedział, że torebka jest i u kierowcy cała i zdrowa. Pan kierowca zdążył jednak ruszyć w trasę w przeciwnym kierunku. Dowiaduję się, że będzie na moim przystanku za mniej więcej godzinę i dwadzieścia minut. Zmierzam w tym kierunku. Siadam na docelowym przystanku książką z wyjętą z drugiej torby, która została mi na ramieniu. I czekam tę godzinę na autobus, z którego wysiadłam. Wreszcie podjeżdża macham do Pana kierowcy. Otwiera swoje drzwi i torebka leży na desce pod przednią szybą. Otwieram sprawdzam wszystko jest, klucze, do pracy dokumenty. Dziękuję i zmykam do domu.
Jaki wniosek z tej przygody? Człowiek jest zwierzęciem roztargnionym jest. Miałam torbę materiałową z książką i torebkę na jednym ramieniu usiadłam w autobusie i zaczęłam czytać. Od lektury oderwał mnie zbliżający się widok przystanku w pobliżu do domu schowałam książkę i wysiadłam. Poszłam w stronę domu z przekonaniem, że mam obie torby. Pod okazało się, że nie mam.
Wniosek na przyszłość upewnij się, że wszystko masz, zanim wyjdziesz z autobusu. Apel w szczególności do kobiet noszących torebki. Najlepiej tej torebki nie wypuszczaj z ręki. Mądry Polak po szkodzie. Myślenie o różowych migdałach i niebieskich słoniach. Tak się kończy. Zanurzenie lekturze również. Roztargniony człowiek wykonuje czynności bezwarunkowo, rutynowo. Przecież w życiu nie wyszłabym bez torebki z autobusu. A jednak. Czytelniku czytelniczko, pilnuj swoich rzeczy. Skończyło się tym razem na strachu, bo torebka wpadła tym razem w uczciwe ręce i trafiła prosto do kierowcy. Bywa, że znalezione rzeczy trafiają w ręce złodzieja i oszusta. A jednak wszystko było. Powiesz mi zapewne, że miałam więcej szczęścia niż rozumu. Masz rację. Jednak niech kamieniem, butem i pouczeniem rzuci ten, komu nic się nie zdarzyło. Nie zginęło. To była ważna lekcja uważności i zaradności. Bo jakimś cudem nie straciłam zimnej i nie pobiegłam z płaczem do domu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz